Dlaczego coś tak bardzo podoba nam się w środowisku cyfrowym?

Dlaczego coś tak bardzo podoba nam się w środowisku cyfrowym?

· 14 min czytania

Algorytmy rekomendacji i fragmentacja środowiska cyfrowego

Przez długi czas zakładaliśmy, że w środowisku cyfrowym algorytmy rekomendacji nie zmieniają decydująco tego, co widzimy, i że gdy mówiliśmy o tym środowisku, mówiliśmy mniej więcej o tym samym. Że dzieliliśmy wspólną przestrzeń, nawet jeśli się nie zgadzaliśmy. Że widzieliśmy te same rzeczy, choć interpretowaliśmy je inaczej. Jednak współczesne środowisko cyfrowe nie jest już zorganizowane jako wspólna przestrzeń, lecz jako sieć systemów rekomendacji, które filtrują to, co pojawia się przed każdym.

Ta transformacja nie jest powierzchowna. Duża część tego, co dziś widzimy, jest pośrednictwem algorytmów rekomendacji, które wybierają treści na podstawie naszych minimalnych interakcji: ile czasu na coś patrzymy, co powtarzamy, co ignorujemy. Algorytmiczna personalizacja nie tylko organizuje informacje; organizuje doświadczenie. To, co pojawia się przed nami, to już nie tylko to, co krąży, ale to, co system obliczył, że najlepiej zatrzyma naszą uwagę.

Przez pewien czas funkcjonowała idea istnienia wspólnej debaty. Dziś to intuicja zaczyna zawodzić. Nie dlatego, że zniknęły słowa — opinia publiczna, dyskusja, wymiana — ale dlatego, że cyfrowa architektura, która podtrzymuje naszą uwagę, nie rozpowszechnia już wspólnego doświadczenia, lecz liczne spersonalizowane ścieżki, które prawie się nie stykają.

Dwie osoby mogą mieszkać w tym samym mieście, przeżywać te same wydarzenia i dzielić podobne referencje kulturowe, a mimo to napotykać coraz bardziej odmienne treści. Nie dlatego, że zniknął wspólny świat, ale dlatego, że codzienne doświadczenie jest niezauważalnie organizowane wokół rekomendacji, które wzmacniają to, co każdy już ogląda, śledzi lub konsumuje.

Wcześniej, nawet w sztywnych ramach — religie, narody, partie, telewizja — istniała wspólna klatka. Ograniczała i wykluczała, ale robiła to w sposób kolektywny i widoczny. Było tarcie między narracjami, starcia między wizjami. Środowisko mogło być wąskie, ale było wspólne: to, co wspólne, nie gwarantowało zgody, ale narzucało podstawę.

Dziś klatka nie jest już w tym sensie społeczna. Jest osobista. Nie pojawia się jako jedyna rama, w której wszyscy się poruszamy, lecz jako środowisko, które cicho dostosowuje się do każdego. I od tego momentu pojawiający się świat zaczyna różnić się od samego początku. Nie widzimy tego samego, a potem spieramy się o jego znaczenie; od początku widzimy różne rzeczy.

Dlatego niezgoda zmienia formę. Nie wynika już przede wszystkim z przeciwstawnych stanowisk wobec wspólnej rzeczywistości, lecz z nieudanego skrzyżowania ledwie pokrywających się doświadczeń. Nie dyskutujemy o tym samym z różnych punktów widzenia; rozmawiamy ze środowisk, które prawie się nie pokrywają. A kiedy to się dzieje, konflikt przestaje być odczuwany jako różnica, nad którą można pracować, i zaczyna być doświadczany jako zakłócenie: coś, co pojawia się tam, gdzie nie powinno, i zmusza do zatrzymania, podczas gdy środowisko przyzwyczaiło nas do kontynuowania.

Zamknięcie sensu i uwaga cyfrowa

Coś podobnego dzieje się z sensem. Nie jako głęboka prawda, ale jako coś prostszego: poczucie, że to, co się pojawia, do nas pasuje. Że to, co widzimy, potwierdza, kim jesteśmy i jak wierzymy, że świat działa.

Systemy rekomendacji są zaprojektowane tak, aby utrzymać naszą uwagę. Aby to zrobić, pokazują treści podobne do tych, z którymi już wchodziliśmy w interakcje. Z czasem to, co nas interesuje, pojawia się częściej; reszta rzadziej. Codzienne środowisko wypełnia się tym, co już rozpoznajemy, a świat, który widzimy, zaczyna wydawać się spójny, zgodny z naszymi preferencjami.

I tu jest decydujący punkt: nie chodzi o to, że lepiej się poznajemy. Chodzi o to, że środowisko nieustannie zwraca nam tę samą wersję nas samych. Powtórzenie tworzy znajomość, a znajomość generuje bezpieczeństwo. W ten sposób to, co było jednorazową reakcją, staje się zasadą, która organizuje to, co widzimy.

W ten sposób świat zaczyna się zamykać bez konieczności zakazów. Nie dlatego, że brakuje informacji, ale dlatego, że rekomendacje priorytetyzują to, co już nas zatrzymywało. Nie dlatego, że nie ma opcji, ale dlatego, że te same wracają w kółko, wzmacniając wrażenie, że świat jest dokładnie taki, jaki go widzimy. Wszystko pasuje. Nawet to, czego brakuje.

The Matrix i mit wspólnej iluzji

W obliczu tego uczucia zazwyczaj odwołujemy się do znanego obrazu. Mówimy, że „żyjemy w The Matrix”, jakby ta spójność była wielką wspólną iluzją: kłamstwem narzuconym z zewnątrz, fałszywym światem, który ukrywa prawdę. Porównanie uspokaja, ponieważ umieszcza problem na zewnątrz.

Ale tu właśnie zawodzi. W Matrixie nadal istnieje wspólny świat, choć sztuczny. Wszyscy widzą to samo i wszyscy mogliby obudzić się jednocześnie. Zamknięcie sensu, którego doświadczamy dziś, działa inaczej: nie pojawia się jako jedno kłamstwo, lecz jako inna spójność dla każdej osoby. Nie powoduje niewiedzy, lecz potwierdzenie. I nie trzeba ukrywać zewnętrznego świata: wystarczy, że powoli, wychodzenie traci sens. Nie dlatego, że ten świat daje nam wszystko, czego chcemy, ale dlatego, że wszystko wyjaśnia.

Świat Trumana i spersonalizowane doświadczenie

Bardziej niż do The Matrix, współczesny problem bardzo przypomina The Truman Show (Peter Weir, 1998). Nie dlatego, że żyjemy pod nadzorem, ale dlatego, że zamieszkujemy indywidualne scenerie: małe, doskonale spójne światy, zorganizowane przez systemy rekomendacji i algorytmy rekomendacji, które priorytetyzują to, co najlepiej zatrzymuje naszą cyfrową uwagę. Ten mechanizm nie jest przypadkowy: jest częścią ekonomii uwagi właściwej dla cyfrowego kapitalizmu, gdzie czas trwania staje się wartością.

Świat Trumana nie jest spektakularny. Nie oferuje mu bogactwa, władzy ani niezwykłego życia. Oferuje mu coś znacznie skuteczniejszego: przewidywalność. Truman wie, kim jest. Wie, czego może oczekiwać od życia, a czego nie. Wie, czego pragnie i dlaczego tego nie ma. Nawet jego frustracja jest poparta jasnym, akceptowalnym powodem.

Nie podróżuje, bo boi się morza. Nie opuszcza Seahaven, bo stracił ojca. Nie odnosi sukcesów, bo jest zwykłym człowiekiem. Nic nie pojawia się jako otwarta rana, która zmuszałaby do przemyślenia życia; wszystko jest zintegrowane w łańcuchu rozsądnych wyjaśnień. I tu jest najważniejsze: jego świat nie jest zaprojektowany, aby go uszczęśliwić ani ukarać; jest zaprojektowany, aby go potwierdzić.

Coś podobnego dzieje się z rekomendacjami, które organizują to, co widzimy w sieciach społecznościowych, platformach i kanałach informacyjnych. Ich celem nie jest oferowanie nam nowych perspektyw, lecz utrzymanie naszej uwagi. Aby to zrobić, wybierają znajome treści zgodnie z tym, co już pokazaliśmy, że nas zatrzymuje. Mogą nam to zwrócić jako aspirację lub jako frustrację; to im wszystko jedno. Decydujące jest to, że każda pojawiająca się rzecz wzmacnia ideę, którą już mamy o tym, kim jesteśmy i jak działa świat.

Jak w scenerii Trumana, nic nie powinno zbyt długo pozostać luźne. Jeśli coś nas interesuje, pojawia się częściej. Jeśli coś nas niepokoi, pojawiają się wariacje. Jeśli coś nas zatrzymuje, wraca. Nie chodzi o to, by wszystko szło dobrze, ale o to, by wszystko było przewidywalne, by nic nie zmuszało do zmiany koordynat.

W ten sposób potwierdzenie zastępuje satysfakcję. To, co trwa, nie jest poszukiwaniem, które otwiera możliwości, lecz stałym zajęciem: więcej podobnych treści, więcej wariantów tego samego. Zawsze jest jeszcze jeden film, jeszcze jedna opinia, jeszcze jedno potwierdzenie. Przepływ nie ustaje.

Dlatego system nie musi niczego ukrywać. Nie trzeba aktywnie oszukiwać. Wystarczy, że to, co inne, pojawia się rzadziej, a to, co znajome, zajmuje prawie całą przestrzeń. Możemy narzekać lub świętować; mechanizm nie potrzebuje naszej akceptacji, tylko tego, byśmy pozostali w środku.

Dopamina, przewidywanie i redukcja niepewności

Pytanie brzmi więc, dlaczego to wszystko tak dobrze działa. A odpowiedź nie jest przede wszystkim kulturowa, lecz neurobiologiczna.

Nasz układ nerwowy nie jest zaprojektowany do maksymalizowania przyjemności, lecz do redukowania niepewności. Mózg działa jak system przewidywania: buduje sobie obraz świata i tego, jakie miejsce w nim zajmujemy, i antycypuje to, co może się wydarzyć. Kiedy to, co się pojawia, potwierdza tę ideę — nawet jeśli nie jest to szczególnie satysfakcjonujące — organizm może się zorganizować. Kiedy ją zaprzecza lub pozostawia w wątpliwość, włącza się alarm.

Również dopamina, którą zazwyczaj kojarzymy z przyjemnością, jest bardziej związana z przewidywaniem niż z satysfakcją. Nie jest uwalniana głównie, gdy coś jest przyjemne, ale gdy oczekiwanie spełnia się dokładnie tak, jak się spodziewano. Tym, co uzależnia, nie jest tyle pełna przyjemność, ile powtarzanie, które utrzymuje obwód aktywny.

Dlatego tym, co się ugruntowuje, nie jest intensywne doświadczenie, lecz ciągłość bez wstrząsów. Tym, co przyciąga, jest to, że następne jest podobne do poprzedniego, że nic nie zmusza do zatrzymania, przemyślenia czy zaczynania od nowa.

Ta indywidualna sceneria, to ciągłe dopasowywanie, które wydaje się nam mówić, kim jesteśmy i jakimi są rzeczy, to stałe powtarzanie treści, które raz po raz zwracają nam to, co lubimy, czego pragniemy, co uważamy za słuszne lub ważne, mogłoby wydawać się, że działa. Ale ciało mówi coś innego.

Ta przewidywalność działa jako natychmiastowa ulga. Redukuje niepewność chwili. Zapobiega wysiłkowi zatrzymania się, wątpienia, przemyślenia. Pozwala kontynuować bez przerw. Ale właśnie dlatego niczego nie rozwiązuje dogłębnie. Każda drobna niedogodność znajduje szybkie rozproszenie. Każda wątpliwość jest zasypywana większą ilością treści. Napięcie nie znika: zostaje pokryte przez ciągłość.

Rezultatem nie jest spełnienie, lecz ciągłość bez zamknięcia. Wszystko wydaje się pasować. A jednak tym, co się gromadzi, nie jest satysfakcja, lecz dyskomfort: zmęczenie, niepokój, irytacja, lęk, głębokie napięcie, które nigdy się nie rozwiązuje, ponieważ nigdy nie jest stawiane czoła.

W miarę jak przyzwyczajamy się do środowisk, gdzie prawie wszystko jest czytelne i dopasowane do tego, co już znamy, nasza tolerancja na to, co nie pasuje, maleje. Wątpliwość, niepewność, niezgoda czy różnica zaczynają być doświadczane jako zakłócenie. Nie tylko dlatego, że środowisko już nas nie szkoli, aby je znosić, ale dlatego, że jest zorganizowane na odwrót: aby oferować natychmiastową spójność, szybkie odpowiedzi, nowe dopasowanie za każdym razem, gdy coś przeszkadza.

Coraz trudniej jest trwałe pozostawać przy pytaniu bez odpowiedzi. Prowadzić rozmowę bez wyraźnego zakończenia. Słuchać dalej, gdy coś nie zgadza się z tym, czego oczekiwaliśmy. Akceptować, że to, co myślimy, może się zmienić, lub że to, co uważaliśmy za pewne, może takie nie być. Coraz trudniej jest nam pokazać się bez tej stałej spójności: prezentować się innym nie jako coś stabilnego, lecz jako coś otwartego, w procesie.

Personalizacja algorytmiczna i codzienna polaryzacja

Przez pewien czas iluzja indywidualnej scenografii może być doświadczana jako osobiste rozwiązanie. Świat dopasowany do siebie redukuje tarcia, oszczędza energię, pozwala się zorientować. System wydaje się spełniać swoją obietnicę: wszystko pasuje, wszystko się wyjaśnia, nic nie wychodzi zbytnio poza ramy.

Ale, bez względu na to, jak dopracowana jest scenografia, bez względu na to, jak bardzo chcemy podtrzymać fikcję tego świata bez tarć, jest coś, co nie znika: inni. Zawsze tam są. A inny, z definicji, nie pasuje całkowicie. Nie może pasować. Nie powinien pasować. Tu właśnie scenografia zawsze zawiedzie.

Podmiotowość kształtowana przez lata w środowiskach bez tarć uczy się bardzo konkretnych oczekiwań: że to, co się pojawia, musi być czytelne, spójne, przewidywalne. Że odpowiedzi przychodzą szybko. Że reakcje podążają za rozpoznawalnym wzorcem. Że drugi człowiek potwierdza, a nie wprowadza niepewność. To oczekiwanie, które działa w obliczu ekranu z nieograniczonymi rekomendacjami, przenosi się bez pośrednictwa na kontakty z innymi.

Zaczynamy więc oczekiwać od ludzi tego samego, co od środowiska algorytmicznego: że potwierdzą nasz wizerunek, że zareagują stosownie, że wpasują się w ramy, które nadają sens naszemu doświadczeniu. Jak Truman, podnosimy rękę, oczekując, że ruch się zatrzyma. Kiedy tak się nie dzieje, nie postrzegamy tego jako różnicy, lecz jako błąd.

Gdy te systemy rekomendacji, coraz bardziej oparte na modelach sztucznej inteligencji, wzmacniają zamknięte ścieżki, niezgoda przekształca się w polaryzację. Inny przestaje być wówczas kimś innym i zaczyna być postrzegany jako problem. A początkową reakcją zazwyczaj nie jest odrzucenie, lecz korekta. Inny nie jest wydalany: jest tłumaczony. Wskazuje mu się, jak powinien myśleć, czuć lub reagować, aby więź zadziałała. Jeśli się dostosujesz, wszystko będzie dobrze.

Ta forma zamknięcia nie przedstawia się jako nietolerancja, lecz jako rozsądek. Ale redukowanie drugiego, aby pasował — unieważnianie tego, co widzi, korygowanie jego wrażliwości, upraszczanie jego pozycji — może działać tylko pod niemożliwym warunkiem: że przestanie być tym, kim jest.

Konflikt staje się jeszcze trudniejszy, gdy drugi, z kolei, zamieszkuje własną scenę. Gdy on również wierzy, że wie, kim jest, czego chce i jak powinny być rzeczy. W tym momencie dostosowanie nie jest już możliwe. Jest zderzenie. Spotkanie przestaje być wspólną przestrzenią i staje się cichym sporem między formami świata. Każdy uważa, że to on ma rację, że widzi jasno, że ma rację.

Ugruntowuje się wtedy logika zwycięzców i przegranych: kto musi się dostosować, kto musi ustąpić. Więź przestaje się otwierać i zaczyna się zamykać. A gdy to zamknięcie zawodzi — a zawsze zawodzi — pojawia się agresja, często symboliczna: ośmieszanie, etykietowanie, redukowanie drugiego do karykatury, dyskredytowanie go w jednym zdaniu. Nie dąży do zrozumienia ani przekonania; dąży do przywrócenia spójności. Ponownego poczucia, że świat pasuje.

A kiedy nawet to nie wystarcza, następuje wycofanie. Przerwanie rozmowy. Blokowanie. Oddalenie się. Powrót do środowiska, gdzie nic nie przeszkadza i wszystko potwierdza. Im trudniejsze staje się zamieszkiwanie wspólnego świata, tym większą czujemy potrzebę schronienia się w przestrzeni, która przywróci nam stabilny obraz nas samych. Ale to wycofanie nie rozwiązuje problemu: trenuje go. Sprawia, że drugi jest jeszcze mniej tolerancyjny następnym razem.

Wyjście ze sceny: niepewność wobec potwierdzenia

Tak więc to, co zaczęło się jako rzekome rozwiązanie osobiste, w końcu prowadzi do efektu zbiorowego: rosnącej niemożności współżycia z innymi. Nie dlatego, że wspólny świat zniknął, ale dlatego, że to, co wspólne, przestaje organizować i pozostaje jako szum w tle wobec scenerii każdego.

To jest decydujący punkt. Scenografia nie zawodzi, bo nie działa, ale dlatego, że działa zbyt dobrze. Bo wszystko wyjaśnia. Bo nie pozostawia szczelin. Bo nie wymaga niczego poza dopasowaniem. A życie w ten sposób – prędzej czy później – przestaje wystarczać. Nie dlatego, że pojawia się świetlista prawda, ale dlatego, że życie całkowicie potwierdzone zaczyna niebezpiecznie przypominać cudze życie.

Żaden człowiek nie może żyć w nieskończoność w celu podtrzymywania sensu dla innych. Żaden człowiek nie może w nieskończoność wymagać, by inni podtrzymywali jego sens. Wspólne doświadczenie nie daje się sprowadzić do inscenizacji. Drugi nie jest elementem sceny. Nigdy nie był.

Truman – prawdziwy człowiek – to idealny podmiot scenerii. Wie, kim jest, czego chce i jakie zajmuje miejsce. Nie wątpi. Nie wychodzi poza ramy. Nie wprowadza chaosu. Działa dokładnie tak, jak powinien. Na planie, każda osoba jest częścią scenerii i żyje, by podtrzymywać swój świat. W prawdziwym życiu, nieświadomie, Truman żyje, by podtrzymać świat milionów, którzy na niego patrzą.

Truman działa dla wszystkich. A jednak zawodzi w jednym decydującym punkcie: w sobie samym.

Truman nie wychodzi, bo wie, co jest na zewnątrz. Wychodzi ze swojej scenerii, bo wewnątrz nie ma już nic do odkrycia. Bo świat, który wszystko wyjaśnia, to świat, który wszystko zamyka. Truman rozumie, że kiedy wszystko jest z góry ustalone – kiedy nie spotka już nikogo ani niczego, co nie jest przewidziane, i kiedy nikt nie będzie go już widział poza tym, czego już od niego oczekują – pozostaje tylko powtarzalność.

Powtarzalność bez ryzyka, bez niespodzianek, bez możliwości zmiany ani bycia zmienionym. Świat, w którym wszystko pasuje, ale nic się naprawdę nie dzieje.

Czytaj dalej...