Dlaczego koniec kapitalizmu może przybrać formę załamania?

Dlaczego koniec kapitalizmu może przybrać formę załamania?

· 9 min czytania

Żaden ludzki system nie zakończył się w ciszy. Ani imperia, ani hegemoniczne religie, ani modele ekonomiczne, które wydawały się niezniszczalne, nie rozpadały się stopniowo i uporządkowanie. Systemy ludzkie nie kończą się: one się psują. Utrzymują się, dopóki udaje im się przekonać większość, że ich istnienie jest naturalne, konieczne lub przynajmniej znośne; ale kiedy to wsparcie zanika, kiedy legitymacja wyparowuje, koniec nie przyjmuje formy postępującego wymierania, lecz pęknięcia. Czasami to pęknięcie jest fizyczne, w formie wojny lub rewolucji; innym razem jest instytucjonalne, symboliczne lub psychologiczne, mniej widoczne, ale równie niszczycielskie załamanie, w którym to, co wydawało się stabilne, nagle się wali.

Historia jest pełna takich wybuchów. Imperium Rzymskie nie wycofało się ze sceny, aby ustąpić miejsca kolejnej erze: upadło w wyniku wojen wewnętrznych, niedoborów, korupcji i nieodwracalnej utraty wiary w imperialną obietnicę. Absolutne monarchie europejskie nie ustąpiły miejsca demokracji z pobudek etycznych, lecz dlatego, że Ancien Régime przestał oferować jakiekolwiek minimalnie wiarygodne uzasadnienie dla dalszego istnienia. Reformacja protestancka nie była uporządkowaną transformacją doktrynalną, lecz schizmą, która wybuchła, gdy Kościół nie był już w stanie utrzymać zgodności między swoim dyskursem duchowym a praktyką instytucjonalną. Nawet ZSRR, jeden z najmocniej zorganizowanych projektów politycznych XX wieku, nie zniknął w wyniku klęski militarnej: załamał się, gdy wyczerpał swoją ideologiczną i produkcyjną legitymację, a ludność przestała wierzyć w narrację, która nadawała sens dziesięcioleciom poświęceń.

Stała historyczna jest jasna. Społeczeństwa mogą tolerować przez pokolenia warunki, które, patrząc wstecz, okazują się nieznośne: głód, skrajne nierówności, represje, systematyczną eksploatację. Ale żadna struktura nie przetrwa, gdy większość przestaje wyrażać zgodę, nawet jeśli ta zgoda jest bierna, rezygnująca lub milcząca. Ponieważ każdy ludzki system, niezależnie od tego, jak skoncentrowany jest w rękach elity — królów, kapłanów, biurokratów, technokratów czy magnatów — zawsze zależy, w taki czy inny sposób, od szerokiej legitymacji społecznej. Ta legitymacja może przybierać wiele form: strach, wiara, dobrobyt, nawyk, rezygnacja. Ale kiedy znika, nawet systemy, które wydawały się wieczne, upadają. Francuska arystokracja przez wieki była przekonana o swoim naturalnym prawie do istnienia, dopóki połączenie głodu, kryzysu fiskalnego i codziennego upokorzenia nie uniemożliwiło utrzymania fikcji. To samo stało się z imperiami kolonialnymi po drugiej wojnie światowej lub z dyktaturami latynoamerykańskimi, które utrzymywały się, dopóki ludność akceptowała, z rozpaczy lub strachu, ich władzę. Kiedy system traci zdolność przekonywania, zastraszania lub inspirowania większości, nie reformuje się: pęka.

Aby zrozumieć, dlaczego współczesny kapitalizm zbliża się do tego rodzaju załamania, należy cofnąć się do zimnej wojny, momentu jego największej historycznej legitymacji. W tym okresie kapitalizm był zmuszony pokazać swoją najlepszą twarz, nie z altruizmu, lecz z powodu geopolitycznej rywalizacji. W obliczu radzieckiego komunizmu — zdolnego do sformułowania alternatywnej narracji i obietnicy redystrybucji — kapitalizm wprowadził polityki, które dziś wydają się wyjątkowe: szerokie systemy opieki społecznej, solidne prawa pracownicze, związki zawodowe z realną zdolnością negocjacji, powszechny dostęp do edukacji, zdrowia i mieszkalnictwa. Między latami 50. a 70., w większości krajów Zachodu, poziomy redystrybucji osiągnęły historyczne szczyty: krańcowe stawki podatkowe od dużych fortun przekraczały 70%, wzrost płac nadążał za wzrostem produktywności, a nierówności systematycznie się zmniejszały. Nie była to moralna transformacja systemu, lecz funkcjonalna przerwa: tymczasowe zawieszenie jego logiki w celu utrzymania jego legitymacji.

Ta przerwa zakończyła się, gdy zniknął antagonista. Upadek Muru Berlińskiego nie tylko oznaczał koniec realnego socjalizmu; uwolnił kapitalizm od wszelkich zobowiązań do powściągliwości. Akumulacja, deregulacja i maksymalizacja zysków ponownie znalazły się w centrum. Neoliberalizm nie był ideologicznym odchyleniem, lecz powrotem kapitalizmu do jego pierwotnego kierunku.

W tym nowym scenariuszu system wykazał coś decydującego dla zrozumienia jego obecnego kryzysu: może funkcjonować, wykluczając ogromną część ludzkości. Przez cztery dekady kapitalizm nie zrezygnował z 50% najbiedniejszych ludzi na planecie; eksploatował ich w warunkach skrajnej niepewności zatrudnienia, płac na poziomie egzystencji i życia sprowadzonego do samego przetrwania. Nie gwarantował minimalnej jakości życia, stabilnych podstawowych praw ani bezpieczeństwa materialnego. Wykorzystał tę połowę populacji, kiedy jej potrzebował — w fabrykach, na farmach, w budownictwie czy usługach — i odrzucił ją, gdy przestała być rentowna. A mimo to system nie upadł: rozszerzył się, udoskonalił, zglobalizował i skoncentrował bogactwo jak nigdy dotąd.

Udało mu się to, ponieważ nadal zachowywał swoją podstawę legitymacji. Kapitalizm nadal funkcjonował, ponieważ utrzymywał w pakcie pozostałą około połowę populacji: zmniejszoną elitę i szeroką globalną klasę średnią. Nie dlatego, że ta klasa średnia była moralnie bardziej istotna, ale dlatego, że była funkcjonalna.

Ta krucha równowaga globalnej klasy średniej — 40% światowej populacji — zaczyna się łamać, gdy automatyzacja poznawcza, możliwa dzięki rozwojowi SI, zagraża właśnie grupie, która nadal legitymizowała system. Przez dziesięciolecia kapitalizm opierał się na pakcie pracy: stabilne zatrudnienie, awans zawodowy, nagradzane wysiłki, tożsamość zbudowana wokół zasług. Ten pakt był kręgosłupem klasy średniej. Ale kiedy SI sprawia, że przestarzałe stają się nie tylko prace manualne, ale także administracyjne, techniczne, kreatywne i profesjonalne, ten symboliczny kontrakt rozpada się. Dalsze podążanie w tym kierunku nie oznacza już wykluczania połowy populacji, lecz pchanie systemu w scenariusz, w którym nawet 90% ludzkości może zostać strukturalnie zdegradowane.

Przez czterdzieści lat kapitalizm celowo pomijał 50% najbiedniejszej populacji, nie gwarantując nawet minimalnych warunków życia. Jednocześnie ogłupiał globalną klasę średnią poprzez dwupartyjność, która pod powtarzającymi się obietnicami awansu społecznego i stabilności systematycznie prowadziła do zwiększonej presji podatkowej na ich dochody, strukturalnego zadłużenia na całe życie i polityk redystrybucyjnych, które nigdy nie dotykały wielkich fortun. Zasługa była używana jako narzędzie oswajania, a zadłużenie jako forma kontroli. Dawanie minimum, aby wydobyć maksimum, było formułą, która pozwoliła systemowi przetrwać, wykluczając co drugiego człowieka. Pytanie nie brzmi już, czy może to nadal robić, ale dlaczego wierzy, że może to robić.

I ma powody, by w to wierzyć.

Pierwszy jest historyczny i antropologiczny. Elity nigdy nie potrafiły się zatrzymać. Królowie przekonani o swoim boskim prawie, cesarze opętani wiekiem, arystokraci kurczowo trzymający się irracjonalnych przywilejów, magnaci, którzy pojmują bogactwo jako znak predestynacji. Globalna elita kapitalistyczna nie jest inna. Działa tak, jakby jej pozycja była naturalna, stała i niekwestionowana, nawet gdy system, od którego zależy, wykazuje wyraźne oznaki wyczerpania.

Drugi powód jest strukturalny. Finansjalizacja zerwała więź między ludnością a bogactwem. Gospodarka nie zależy już bezpośrednio od pracy ani konsumpcji większości. Bogactwo reprodukuje się w autonomicznych obiegach — dług, instrumenty pochodne, spekulacje i fundusze inwestycyjne — które pozwalają kapitałowi rosnąć poza materialnym życiem populacji. Ta fikcja samowystarczalności opiera się na fundamentalnej zasadzie: gra jest ustawiona od początku, ponieważ 1% populacji kontroluje około 50% aktywów finansowych. Kasyno zawsze wygrywa.

Trzeci powód jest matematyczny. Poza elitą pozostało do wchłonięcia tylko około 25% światowego bogactwa. Mieszkania, edukacja, zdrowie, oszczędności i emerytury stały się ostatnimi terytoriami ekstrakcji. W ramach systemu niewiele pozostało do zdobycia, ale wystarczająco dużo, aby iść naprzód, wzmocnione wcześniejszym doświadczeniem czterech dekad, w których można było wykluczyć połowę ludzkości bez natychmiastowych konsekwencji.

Te dynamiki zbiegają się w fatalnym błędzie: kapitalizm wierzy, że może kontynuować bez większości, ponieważ nauczył się bez niej obywać. Ale to złudzenie zderza się z historyczną mechaniką wszystkich systemów ludzkich. Żadna struktura nie przetrwa, gdy dystans między elitą a populacją staje się nieograniczony, gdy legitymacja wyparowuje, a codzienne życie staje się ciągłym doświadczeniem niepewności.

Współczesny kapitalizm wprowadza jednak niepokojącą nowość. Nigdy wcześniej system nie dysponował tak wyrafinowanym aparatem zarządzania niezadowoleniem, odstraszania, nadzoru, rozrywki i produkcji symbolicznej. Erozja legitymacji, która w przeszłości prowadziła do widocznych zerwań, dziś może rozmywać się w społeczeństwach zatomizowanych, odpolityzowanych, gdzie wyczerpanie nie zawsze przekłada się na zbiorowe działanie. Dzięki bezprecedensowemu globalnemu aparatowi komunikacji, skoncentrowanemu w rękach bardzo niewielu podmiotów, z nieograniczonym dostępem do ideologicznego rozprzestrzeniania się i natychmiastowej rozrywki, system może przedłużać swoje istnienie, zarządzając frustracją, nie rozwiązując jej.

Świat, w którym żyjemy, nie przypomina dystopii Orwella z jego książki „Rok 1984”. Coraz bardziej przypomina tę Huxleya z „Nowego wspaniałego świata”: stagnacja segmentacji społecznej, pasywne indoktrynowanie przebrane za kulturę masową, farmakologiczna anestezja, nieskończona rozrywka jako substytut sensu. Nie trzeba masowo represjonować, gdy można trwale rozpraszać. Nie trzeba przekonywać, gdy wystarczy bawić.

Ale nawet te mutacje mają granice. Żaden system nie może utrzymywać się w nieskończoność, gdy materialne doświadczenie większości staje się ciągłym pasmem strat, niepewności i wyczerpania. Cyfrowe zarządzanie niezadowoleniem może opóźnić załamanie, ale nie może go zlikwidować. Może ukoić objaw, ale nie wyleczyć choroby. Ustrój, który swoją przetrwanie opiera na odstraszaniu, nadzorze i powiększaniu niepewności, może przedłużyć swoją agonę, ale nie zmienić swojego przeznaczenia.

Wychowani w natychmiastowości, konsumpcji jako substytucie pragnienia i rozrywce jako znieczuleniu, widzimy tylko dwa scenariusze: natychmiastowy upadek lub jego niemożliwość. Jeśli nie dzieje się teraz, zakładamy, że nigdy się nie wydarzy. Ale historia tak nie działa. Większość systemów nie upada, gdy oczekuje się, że upadną; historia ludzkości okazała się wyjaśnialna, ale nieprzewidywalna.

W tym tkwi ostateczny paradoks. Zautomatyzowany kapitalizm może nie załamać się gwałtownie. Może powoli się degraduje, mutować, trwać jako rozmyta i pusta struktura. Ale jeśli nadal zakłada, że całkowite pogorszenie jakości życia dla większości można zarządzać większym odstraszaniem, większą technologią i większą fragmentacją społeczną, w końcu napotka ten sam historyczny limit, który osiągnęły wszystkie systemy, które posunęły się zbyt daleko w swojej wewnętrznej logice. Może opóźnić załamanie. Może je zakamuflować. Może je znieczulić. Ale nie może go uniknąć, jeśli poświęci ludzką podstawę, która go podtrzymuje.

Czytaj dalej...