Dlaczego sztuczna inteligencja oznacza koniec kapitalizmu? · Część III: Koniec jako załamanie

Dlaczego sztuczna inteligencja oznacza koniec kapitalizmu? · Część III: Koniec jako załamanie

Żaden ludzki system nie zakończył się w ciszy. Ani imperia, ani dominujące religie, ani modele gospodarcze, które wydawały się niezłomne, nie rozpadały się stopniowo i porządnie. Ludzkie systemy nie kończą się: pękają. Trwają dopóki udaje im się przekonać większość, że ich istnienie jest naturalne, konieczne lub przynajmniej tolerowalne; gdy jednak to podparcie znika, gdy legitymizacja wyparowuje, koniec nie przybiera formy stopniowego wymierania, lecz gwałtownego załamania. Czasem to załamanie jest fizyczne – w postaci wojny lub rewolucji; innym razem ma charakter instytucjonalny, symboliczny bądź psychologiczny – mniej widoczny, lecz równie niszczący, bo to, co wydawało się stabilne, nagle się zawala.

Historia pełna jest takich wybuchów. Cesarstwo Rzymskie nie zeszło ze sceny, dając miejsce nowej epoce: rozpadło się wśród wojen domowych, problemów z zaopatrzeniem, korupcji i nieodwracalnej utraty zaufania do imperialnej obietnicy. Absolutne monarchie europejskie nie oddały demokracji tronu z pobudek etycznych, lecz dlatego, że Stary Porządek przestał dawać choćby minimalnie wiarygodne uzasadnienie dla swojego trwania. Reformacja protestancka nie była uporządkowaną doktrynalną transformacją, lecz rozłamem, który nastąpił, gdy Kościół nie był już w stanie utrzymać zgodności między duchowym przesłaniem a instytucjonalną praktyką. Nawet ZSRR, jeden z najściślej zorganizowanych projektów politycznych XX wieku, nie zniknął wskutek klęski militarnej: rozpadł się, gdy wyczerpała się jego ideologiczna i produkcyjna legitymizacja, a lud przestał wierzyć w opowieść, która uzasadniała dekady wyrzeczeń.

Historyczna stała jest czytelna. Społeczeństwa przez pokolenia tolerowały warunki, które z perspektywy czasu wydają się nie do zniesienia: głód, skrajną nierówność, represje, systematyczną eksploatację. Ale żadna struktura nie przetrwa, gdy większość przestaje udzielać przyzwolenia, nawet jeśli to przyzwolenie ma charakter bierny, zrezygnowany lub milczący. Bo każdy ludzki system – nawet jeśli skoncentrowany w elicie: królach, kapłanach, biurokratach, technokratach czy magnatach – zawsze w jakiś sposób zależy od szerokiej legitymizacji społecznej. Może ona przyjmować różne formy: strach, wiarę, dobrobyt, nawyk, rezygnację. Jednak gdy znika, nawet systemy wydające się wieczne upadają. Francuska arystokracja przez wieki była przekonana o swoim naturalnym prawie do istnienia, aż głód, kryzys fiskalny i codzienne upokorzenia uczyniły podtrzymywanie tej fikcji niemożliwym. Podobnie stało się z imperiami kolonialnymi po II wojnie światowej czy dyktaturami latynoamerykańskimi utrzymującymi się dopóki społeczeństwo, z desperacji lub strachu, akceptowało ich władzę. Gdy system traci zdolność przekonywania, zastraszania lub inspirowania większości, nie reformuje się – rozpada się.

Aby zrozumieć, dlaczego współczesny kapitalizm zbliża się do takiego załamania, trzeba sięgnąć do czasów zimnej wojny – okresu największej historycznej legitymizacji kapitalizmu. Wtedy właśnie kapitalizm musiał pokazać swoje najlepsze oblicze – nie z altruizmu, lecz z rywalizacji geopolitycznej. Wobec sowieckiego komunizmu, zdolnego snuć alternatywną opowieść i obietnicę redystrybucji, kapitalizm wdrożył polityki, które dziś wydają się wyjątkowe: szeroki system państwa dobrobytu, mocne prawa pracownicze, związki zawodowe z realną siłą negocjacyjną, powszechność dostępu do edukacji, opieki zdrowotnej i mieszkań. W latach 50–70 XX wieku, w znacznej części Zachodu, poziom redystrybucji osiągał historyczne szczyty: krańcowe stawki podatkowe na wielkie majątki powyżej 70%, wzrost płac zgodny ze wzrostem wydajności i systematyczny spadek nierówności. Nie była to moralna przemiana systemu, lecz funkcjonalna pauza: tymczasowe zawieszenie logiki, by utrzymać legitymizację.

Pauza ta zakończyła się wraz ze zniknięciem przeciwnika. Upadek muru berlińskiego oznaczał nie tylko kres realnego socjalizmu – uwolnił kapitalizm z wszelkiej potrzeby powściągliwości. Akumulacja, deregulacja i maksymalizacja zysków znowu znalazły się w centrum. Neoliberalizm nie był ideologiczną aberracją, lecz powrotem kapitalizmu na jego pierwotny tor.

W tej nowej rzeczywistości system ujawnił coś kluczowego do zrozumienia dzisiejszego kryzysu: może funkcjonować wykluczając ogromną część ludzkości. Przez cztery dekady kapitalizm nie rezygnował z najbiedniejszej połowy świata – wykorzystywał ją w warunkach ekstremalnej prekaryzacji pracy, głodowych płac i życia sprowadzonego do przetrwania. Nie gwarantował minimalnego poziomu życia, ani stabilnych praw podstawowych, ani bezpieczeństwa materialnego. Korzystał z tej połowy populacji, gdy była potrzebna – w fabrykach, na polach, w budownictwie czy usługach – i odrzucał ją, gdy nie przynosiła zysku. A mimo to system się nie załamał: rozrastał się, komplikował, globalizował i koncentrował bogactwo jak nigdy wcześniej.

Stało się tak, bo nadal dysponował podstawą legitymizacji. Kapitalizm trwał, bo wciąż utrzymywał w pakcie mniej więcej drugą połowę populacji: wąską elitę i szeroką globalną klasę średnią. Nie dlatego, że klasa średnia była moralnie ważniejsza, lecz bo była funkcjonalna.

Ta krucha równowaga globalnej klasy średniej – ok. 40% światowej populacji – zaczyna się załamywać, gdy automatyzacja poznawcza możliwa dzięki rozwojowi SI zagraża dokładnie tej grupie, która dotąd dawała systemowi legitymację. Przez dziesięciolecia kapitalizm utrzymywał się na pakcie pracy: stabilne zatrudnienie, ścieżka awansu, nagradzanie wysiłku, tożsamość budowana wokół zasługi. Ten pakt był kręgosłupem klasy średniej. Jednak gdy SI czyni przestarzałymi nie tylko zawody manualne, ale też administracyjne, techniczne, twórcze i profesjonalne, ten symboliczny kontrakt się rozkłada. Dalszy rozwój w tym kierunku nie oznacza już wykluczenia połowy społeczeństwa, lecz przesuwa system do scenariusza, w którym nawet 90% ludzkości może być strukturalnie zmarginalizowana.

Przez czterdzieści lat kapitalizm świadomie pomijał najbiedniejsze 50% populacji, nie gwarantując im nawet minimalnych warunków życia. Równocześnie odurzał globalną klasę średnią poprzez dwupartyjność, która pod pozorem obietnic awansu społecznego i stabilności systematycznie prowadziła do większego fiskalnego obciążenia jej dochodów, strukturalnego zadłużenia do końca życia i polityk redystrybucyjnych, które nigdy nie dotykały wielkich fortun. Zasługa była narzędziem udomawiania, dług – formą kontroli. Dawanie minimum, by wydobyć maksimum – to była formuła, która pozwoliła systemowi przetrwać, wykluczając co drugiego człowieka. Pytanie nie brzmi już, czy może to robić dalej, lecz dlaczego uważa, że może.

I ma powody, by tak sądzić.

Pierwszy jest historyczny i antropologiczny. Elity nigdy nie potrafiły się zatrzymać. Królowie przekonani o boskim prawie, cesarze opętani wiecznością, arystokraci kurczowo trzymający się irracjonalnych przywilejów, magnaci postrzegający bogactwo jako znak przeznaczenia. Globalna elita kapitalistyczna nie jest inna. Zachowuje się tak, jakby jej pozycja była naturalna, stała i niepodważalna – nawet jeśli system, od którego zależy, wyraźnie się wyczerpuje.

Drugi powód jest strukturalny. Finansjalizacja zerwała więź między ludnością a bogactwem. Gospodarka już nie zależy bezpośrednio od pracy ani konsumpcji większości. Bogactwo mnoży się w autonomicznych obiegach – zadłużenia, derywatów, spekulacji i funduszy inwestycyjnych – pozwalających kapitałowi rosnąć na marginesie realnego życia społecznego. Ta fikcja samowystarczalności opiera się na podstawowej zasadzie: gra jest ustawiona od początku, bo 1% populacji kontroluje niemal 50% aktywów finansowych. Dom zawsze wygrywa.

Trzeci powód jest matematyczny. Poza elitą do zagospodarowania pozostaje ok. 25% światowego majątku. Mieszkania, edukacja, zdrowie, oszczędności i emerytury są ostatnimi terytoriami eksploatacji. Z perspektywy systemu mało już zostało do przejęcia, ale wystarczająco, by posuwać się dalej, wsparty doświadczeniem czterech dekad, gdy mógł wykluczyć połowę ludzkości bez natychmiastowych konsekwencji.

Te procesy skupiają się w jednym fatalnym błędzie: kapitalizm wierzy, że może trwać bez większości, bo nauczył się się jej pozbywać. Ta iluzja jednak zderza się z historyczną mechaniką wszystkich ludzkich systemów. Żadna struktura nie przetrwa, gdy dystans pomiędzy elitą a resztą społeczeństwa staje się nieograniczony, legitymizacja znika, a codzienność zamienia się w chroniczną niepewność.

Współczesny kapitalizm jednak wprowadza niepokojącą nowość. Nigdy dotąd żaden system nie miał tak wysublimowanego aparatu do zarządzania niepokojem, zniechęcaniem, nadzorem, rozrywką i produkcją symboliczną. Erozja legitymacji, która dawniej prowadziła do widocznych załamań, dziś potrafi się rozmyć w społeczeństwach rozproszonych, zdeprawowanych politycznie, gdzie wyczerpanie nie zawsze przekłada się na wspólne działanie. Poprzez globalny aparat komunikacyjny, skoncentrowany w rękach nielicznych, z nieograniczonym dostępem do dystrybucji ideologii i natychmiastowej rozrywki, system może przedłużać swój żywot, zarządzając frustracją zamiast ją rozwiązywać.

Świat, w którym żyjemy, nie przypomina orwellowskiej dystopii z "Roku 1984". Coraz bardziej zbliża się raczej do tej Huxleya z "Nowego wspaniałego świata": sztywna segmentacja społeczna, bierne indoktrynowanie pod przykrywką kultury popularnej, farmakologiczne znieczulenie, nieskończona rozrywka jako substytut sensu. Masowej represji nie trzeba, jeśli da się odciągać uwagę w sposób ciągły. Nie trzeba przekonywać, skoro wystarczy zabawiać.

Lecz nawet te mechanizmy mają swój kres. Żaden system nie może istnieć wiecznie, gdy materialna rzeczywistość większości sprowadza się do utraty, prekaryzacji i wyczerpania. Cyfrowe zarządzanie niezadowoleniem może opóźnić załamanie, ale go nie zniesie. Może znieczulić objawy, ale nie wyleczy choroby. Porządek, który swoją egzystencję opiera na odstraszaniu, kontroli i pauperyzacji, może przedłużyć agonię, lecz nie odwróci losu.

Wychowani w natychmiastowości, konsumpcji jako substytucie pragnienia i rozrywce jako znieczuleniu, znamy tylko dwa scenariusze: natychmiastową katastrofę lub jej niemożliwość. Jeśli nie wydarza się teraz, zakładamy, że nie wydarzy się nigdy. Ale historia tak nie działa. Większość systemów nie upada wtedy, gdy ludzie tego oczekują; historia ludzkości jest tłumaczalna, ale nieprzewidywalna.

W tym tkwi ostatnia paradoks. Zautomatyzowany kapitalizm nie musi załamać się nagle. Może powoli się rozkładać, mutować, trwać jako rozproszona i pusta struktura. Jeśli jednak dalej będzie zakładał, że pełna pauperyzacja większości jest zarządzalna poprzez dalsze odstraszanie, nową technologię i większą fragmentaryzację społeczną, natknie się na ten sam historyczny limit, który osiągnęły wszystkie systemy, które za daleko posunęły swoją wewnętrzną logikę. Może odwlekać załamanie. Może je maskować. Może je znieczulać. Ale nie może go uniknąć, jeśli poświęci ludzką podstawę, która go utrzymuje.

Czytaj dalej...