Dlaczego już nie musisz pracować?

Dlaczego już nie musisz pracować?

· 23 min czytania

Istnieją obietnice, które wydają się wyzwalające, ponieważ mówią językiem wyzwolenia oczekiwanego przez wieki. „Ludzie już nie będą musieli pracować” jest jedną z nich. Formulowana przez nowych potentatów technologicznych w czasach, gdy sztuczna inteligencja wkracza w coraz szersze obszary pracy poznawczej, brzmi ona jak ostateczne spełnienie starej ludzkiej aspiracji: że maszyny wezmą na siebie pracę, a czas przestanie być podporządkowany płacy. Zwrot ten ma moc, ponieważ dotyka prawdziwej prawdy. Znacząca część pracy ludzkiej historycznie była zmęczeniem, podporządkowaniem i wyczerpaniem. Absurdem byłoby jej bronienie, jak gdyby każda forma pracy była szlachetna sama w sobie. Ale właśnie dlatego, że obietnica zawiera część prawdy, należy ją czytać z większą uwagą.

Decydujące pytanie nie brzmi, czy technologia może zredukować pracę ludzką. Może to zrobić. Ani czy życie mniej podporządkowane zatrudnieniu byłoby pożądane. Byłoby. Decydujące pytanie jest inne: jakie miejsce zajmuje człowiek w tym rzekomym wyzwoleniu. Ludzkość wyzwolona od pracy byłaby naprawdę wolna tylko wtedy, gdyby mogła uczestniczyć w warunkach organizujących to nowe życie: decydować o systemach, które produkują, mieć dostęp do ich korzyści, interweniować w ich orientację i nie być sprowadzoną do roli zwykłego użytkownika cudzej infrastruktury. Jeśli tak się nie stanie, samo sformułowanie zmienia sens. „Nie będziesz musiał więcej pracować” niekoniecznie musi oznaczać, że będziesz wolny; może również oznaczać, że nie będziesz już potrzebny. Co innego zależeć od pracy, aby przeżyć; co innego zależeć od tego, żeby inni zapewniali same warunki do przeżycia. W pierwszym przypadku istnieje obowiązek, ale wciąż istnieje forma interwencji: uczestniczy się, negocjuje, wnosi coś, czego system potrzebuje. W drugim, zależność staje się głębsza, ponieważ życie jest podtrzymywane przez struktury, które inni projektują, zarządzają lub kontrolują, i do których ma się dostęp tylko jako beneficjent, użytkownik lub zarządzana nadwyżka.

Nietzsche i wyrzeczenie przekształcone w cnotę

Aby zrozumieć tę różnicę między zależnością od pracy a zależnością od tego, że inni zapewniają warunki życia, należy sięgnąć do koncepcji moralnej opisanej przez Friedricha Nietzschego w Genealogii moralności (1887): reaktywnego odwrócenia wartości. Nietzsche zauważa, że tam, gdzie ludzka siła nie może bezpośrednio rozwinąć się w świecie, nie znika ona po prostu. Cofnie się i symbolicznie zreorganizuje swoją własną niemoc. To, czego nie można osiągnąć, zaczyna wydawać się moralnie podejrzane; to, co jeszcze się zachowuje, zaczyna być przedstawiane jako wyższa cnota. Tę operację możemy tu nazwać mitycznym samo-umniejszaniem: narracja, dzięki której utrata możliwości nie jest przeżywana jako utrata, lecz jako retrospektywne odkrycie, że to, co już istniało, było w rzeczywistości najcenniejsze. Nie tworzy się nowej pozycji. Nie podbija się nowego horyzontu. Uczy się interpretować rezygnację jako wyższą formę cnoty.

Ta figura pojawia się w różnych formach na przestrzeni dziejów. Nie zawsze to zdobywca bezpośrednio narzuca mit uzasadniający podporząządkowanie. Często to sam podbity, pokonany lub wykluczony symbolicznie reorganizuje swoją bezsilność, aby uczynić ją znośną. Porażka potrzebuje narracji, ponieważ społeczeństwo nie może żyć w nieskończoność w czystej świadomości przegranej. W ten sposób biedak może przekształcić swoją biedę w moralną czystość; poddany lud może interpretować swoje posłuszeństwo jako wierność wyższemu lub boskiemu porządkowi; pracownik z niepewną sytuacją może przekształcić poświęcenie i wstrzemięźliwość w oznaki godności; ten, kto nie osiąga sławy ani władzy, może degradować prestiż i pozycję jako korupcję i znaleźć w swoim wykluczeniu formę autentyczności. We wszystkich tych przypadkach mit nie działa wyłącznie jako zewnętrzne kłamstwo. Działa jako wewnętrzne rozwiązanie problemu dalszego istnienia po rezygnacji lub stracie. To, czego nie można zdobyć, staje się podejrzane; to, co już istniało, staje się święte lub cnotliwe. Podporządkowanie przestaje być odczuwane tylko jako narzucenie i zaczyna być przedstawiane jako głębsza forma prawdy lub autentyczności.

Aby jednak zrozumieć, czym jest mit samo-umiejętności, równie ważne jest określenie, czym nie jest. Nie każde wyrzeczenie jest samo-umiejętnością. Nie każda krytyka sukcesu, kapitału, władzy czy prestiżu oznacza rezygnację. Są wyrzeczenia, które otwierają świat, ponieważ pozwalają porzucić narzucone pragnienie i zbudować bardziej wolną pozycję. W wielu formach wyrzeczenia, a także w wielu krytykach dominującego porządku, pojawia się odkrycie, odnowa i rzeczywiste przesunięcie pragnienia. Różnica polega na tym, czy to wyrzeczenie tworzy nowy horyzont, czy ogranicza się do przewartościowania tego, co już istniało.

Mit samo-umiejętności nie polega zatem na tym, aby przedkładać rodzinę nad pieniądze, wspólnotę nad osobisty sukces czy życie codzienne nad sławę. Polega na czymś subtelniejszym, a jednocześnie znacznie bardziej uporczywym: przedstawianiu dążenia do ekspansji – uznania, prestiżu, władzy, kapitału, przyszłości – jako moralnie skażonego i rozwiązywaniu tego napięcia nie poprzez nową pozycję, lecz poprzez retrospektywną rewaloryzację tego, co już posiadano. Podmiot nie zdobywa innego horyzontu ani nie znajduje wyjścia naprzód. Uczy się raczej, że nie powinien był pragnąć tego wyjścia. Nie zmienia swojego stosunku do świata; zmienia sens swojego braku. Nie posuwa się do przodu; uczy się interpretować porzucenie poszukiwań jako formę wyższej moralności.

Dlatego wcześniejsza ciągłość jawi się jako wyższa prawda. To, czego nie udało się osiągnąć, staje się podejrzane, a to, co już posiadano, staje się cnotą. Władza może nadal cieszyć się swoimi przywilejami, podczas gdy podwładny przestaje postrzegać swoją pozycję wyłącznie jako zewnętrzne narzucenie i zaczyna przekształcać ją w dowód autentyczności, moralnej czystości lub wewnętrznej prawdy. W tym tkwi sedno mitu o samo-umieniu: nie w porażce, lecz w potrzebie przekształcenia porażki w moralną prawdę o sobie.

Animacja dla dzieci jako edukacja symboliczna

Animacja skierowana do dzieci zadomowiła tę strukturę w kulturze współczesnej w sposób uporczywy, dlatego jest tak użyteczna jako archiwum kulturowe. To tam, w tych wczesnych opowieściach, społeczeństwo edukuje się samo, nie sprawiając wrażenia, że formułuje doktrynę. Te opowieści kondensują formy wrażliwości, które następnie się naturalizują. Uczą, czego należy się bać, czego należy pragnąć, czego należy porzucić i co należy czytać jako prawdziwe. Od lat dziewięćdziesiątych wiele filmów animowanych powtarzało pewne napięcie: sława, skala, sukces zawodowy, przemysł i kapitał symboliczny jawią się jako obszary skażone; natomiast rodzina, pamięć, intymna pasja, mała społeczność czy codzienne życie jawią się jako rezerwat autentyczności.

Film Coco (Pixar, 2017) jest kanonicznym przykładem. Miguel pragnie poszerzenia swoich możliwości. Chce być muzykiem, chce uznania, chce znaleźć się w historii wielkich nazwisk. Jego pragnienie nie jest tylko ekspresyjne; jest również pragnieniem kapitału symbolicznego, zmiany, wzrostu i realizacji. Chce wyjść poza rodzinny krąg, który zakazuje muzyki, i stać się częścią publicznego świata artystycznego uznania. Ernesto de la Cruz uosabia wówczas doskonałą figurę skażenia: sławę, pomnik, widowisko, potomność, kult popularny. Ale ta wielkość jest oparta na zdradzie. Idol jest nie tylko próżny; ukradł dzieło, usunął prawdziwego autora i poświęcił więź, aby zachować swoje imię.

Kluczowe nie jest to, że Coco krytykuje skorumpowanego celebrytę. To byłoby niewystarczające. Najgłębsza operacja polega na tym, że film nie wyobraża sobie nowej syntezy między uznaniem artystycznym, twórczością, sławą a ciągłością uczuciową. Nie tworzy formy sukcesu, która pozwalałaby poszerzać możliwości bez niszczenia pamięci. Rozwiązanie przenosi pragnienie na to, co już istniało: rodzinę, wspomnienia, przynależność. Miguel odkrywa, że prawda nie tkwiła w rozwoju, uznaniu i poszukiwaniach, których pragnął, lecz w tym, co od początku już tam było. Film wzrusza, ponieważ to odzyskanie ma prawdziwą siłę. Pamięć jest ważna. Rodzina jest ważna. Problem nie tkwi w tym. Problem polega na tym, że opowieść sprawia, że zachowanie tych wartości zależy od rezygnacji z ich poszukiwania, ich rozwoju i ich pragnienia zmiany świata za pomocą ich dzieła. Jak gdyby sława i pamięć, uznanie i rodzina, twórczość publiczna i intymna ciągłość były skazane na wzajemne wykluczenie.

W opozycji do tej narracji, i jako przeciwwaga w ideologicznym polu bitwy animacji dla dzieci, istnieją filmy, które stawiają coś innego: ekspansja, zmiana i poszukiwanie nie muszą być anulowane, aby zachować to, co ważne. W nich odejście od początkowej pozycji niekoniecznie oznacza utratę więzi, odpowiedzialności czy autentyczności. Rozwój nie jawi się jako nieunikniona zdrada, lecz jako możliwość zamieszkania w nowej formie relacji ze światem.

Dla przykładu, Gru, Dru i Minionki (Illumination, 2010) nie działa według tej logiki, ponieważ Gru nie odkrywa, że posiadał już od początku to, co było wartościowe. Ojcostwo jawi się jako prawdziwa nowość. Nie jest kompensacją retrospektywną tego, co było wcześniej, lecz subiektywną transformacją. Gru nie rewaloryzuje swojego starego świata; wchodzi w pozycję, której nie miał. Podobnie, LEGO Przygoda (Warner Bros, 2014) również nie pasuje do tej kategorii, ponieważ tam nie chodzi o zaakceptowanie wcześniejszego braku jako wystarczającej wartości, lecz o odkrycie nowej twórczej mocy: zdolności do interwencji, komponowania, rozkładania i tworzenia świata na nowo. A Spirited Away: W krainie bogów (Studio Ghibli, 2001) znajduje się jeszcze dalej: Chihiro nie ogranicza się do przypominania sobie, że to, co cenne, już istniało w jej poprzednim życiu. Film opowiada o przejściu do dojrzałości, odpowiedzialności i autonomii. Wychodzi z pasywnego dzieciństwa i wchodzi w bardziej wymagającą formę obecności. Nie ma prostego ponownego zawłaszczania tego, co już jest dane; jest przejście, próba, transformacja.

Te kontrprzykłady są kluczowe, ponieważ pozwalają uniknąć błędnego odczytania tezy. Problem nie polega na tym, że opowieść docenia to, co wspólne, rodzinne czy codzienne. Problem pojawia się, gdy ta waloryzacja nie otwiera nowej możliwości, lecz uczy godzić się z brakiem możliwości. Mit samo-umiejętności nie mówi po prostu: „to też ma wartość”. Mówi coś bardziej zamkniętego: „to, czego nie mogłeś osiągnąć, nie było konieczne, ponieważ to, co już miałeś, wystarczyło od początku”. Ta struktura jest znacznie bardziej subtelna, a przez to bardziej skuteczna.

To nie oznacza, że Coco jest „złym” filmem ani że jego wartości są fałszywe. To byłoby śmieszne. Właśnie w tym tkwi cała złożoność. Mit samo-umiejętności działa, ponieważ opiera się na częściowych prawdach. Prawdą jest, że sława i władza mogą korumpować. Prawdą jest, że rodzina, pamięć i wspólnota mają wartość, której rynek nie może zmierzyć. Ale operacja ideologiczna nie polega na potwierdzaniu tych prawd, lecz na przekształceniu ich w konieczną niekompatybilność. Nie trzeba być wykluczonym z kapitału, aby chronić rodzinę. Nie trzeba rezygnować z uznania, aby zachować pamięć. Nie trzeba pozostawać w małym, aby utrzymać autentyczność. Kiedy opowieść przedstawia to wyrzeczenie jako niemal naturalny warunek cnoty, nie tylko krytykuje kapitał, sławę czy władzę: uczy żyć brakiem dostępu – a przede wszystkim porzuceniem poszukiwania nowych możliwości – jako formą moralnej wyższości.

Mity ekonomii uwagi

Z tą strukturą w umyśle, przejście do obecnego stanu technologicznego przestaje być skokiem do czysto ekonomicznej lub technicznej analizy. Algorytmy rekomendacji, rynek cyfrowy i ekonomia uwagi nie jawią się wówczas jedynie jako zjawiska technologiczne, ale mogą być odczytywane jako nowa symboliczna organizacja życia. Potrzebują, aby pewne wyrzeczenia stały się akceptowalne, aby pewne straty były przedstawiane jako postęp, a pewne formy uczestnictwa były przeżywane jako okazja, ekspresja lub wolność. Jeśli animacja dla dzieci pozwala zobaczyć, jak kultura uczy się uważać za naturalne wyrzeczenie z określonych dążeń do ekspansji i ekspresji, to ekonomia cyfrowa powtarza tę samą operację na innym gruncie: w codziennej produkcji uwagi, treści i obecności.

Ponieważ ekonomia uwagi również potrzebuje mitów. Nie działa tylko na infrastrukturze, danych i algorytmach. Działa na antropologii. Potrzebuje podmiotów, które pragną produkować, eksponować się, reagować, patrzeć, tworzyć i robić to ponownie. Aby zrozumieć dlaczego, należy przeanalizować jej problem strukturalny: ludzka uwaga nie pozostaje stała. Mózg się adaptuje. Każdy bodziec traci siłę wraz z powtórzeniami. Zaskoczenie się wyczerpuje, przyjemność normalizuje się, a początkowa intensywność zanika. To, co wczoraj wciągało, dziś już nie wystarcza. Dlatego algorytm nie może polegać na stałym zestawie treści. Potrzebuje ciągłej zmienności.

Algorytmiczne rekomendacje działają przeciwko przyzwyczajeniu. Aby zatrzymać miliony użytkowników, nie wystarczy oferować dobrej treści, ani nawet wiele treści. Potrzebna jest praktycznie niewyczerpana rezerwa drobnych różnic: stylów, twarzy, głosów, długości, gestów, kontrowersji, wyznań, tutoriali, reakcji, opinii, porażek, upokorzeń, żartów, porad, złości i obietnic. Każdy użytkownik wymaga innej sekwencji bodźców; każda sesja potrzebuje własnej diety; każde zmęczenie zainteresowania zmusza do nowej wariacji. Surowcem ekonomii uwagi nie jest stabilny katalog treści, lecz nieprzerwanie odnawiany przepływ.

Stąd wynika brutalne zapotrzebowanie: aby stale przyciągać uwagę milionów użytkowników, potrzebna jest nieskończona ilość treści. I ta nieskończona treść nie może być produkowana za pomocą klasycznej pracy zarobkowej. Gdyby każdy film, mem, recenzja czy inna treść cyfrowa musiała być opłacana jak praca przemysłowa, ekonomika platform byłaby radykalnie inna. Jej rentowność zależy od tego, że ogromna część tej produkcji jest dobrowolna, aspiracyjna, zubożała lub bezpośrednio darmowa. Platforma nie produkuje świata, który dystrybuuje; projektuje infrastrukturę, w której miliony produkują dla niej.

Tutaj pojawia się pierwszy niezbędny mit: wyjątkowe zbawienie. Ekonomia uwagi potrzebuje, aby tłumy pracowały, jakby nie pracowały, i w tym celu oferuje obietnicę: każdy może zostać odkryty. Każdy może stać się wiralem. Każdy może zostać influencerem, streamerem lub założycielem następnego udanego projektu. Historia minimalnej aplikacji, która odnosi sukces, domowego wideo, które eksploduje, kanału, który startuje, lub twórcy, który zamienia swój pokój w globalne studio, spełnia precyzyjną funkcję symboliczną. Nieważne, że większość nie osiągnie sukcesu. Ważne jest, że wyjątek pozostaje możliwy do wyobrażenia. System nie musi dystrybuować sukcesu; musi dystrybuować oczekiwania.

Ale sama obietnica zbawienia nie wystarczy. Ponieważ większość w jakiś sposób przeczuwa, że nie zostanie zbawiona. Wie, że produkuje dla przepływu, który ją przerasta, że jej treści giną w masie, że jej widoczność jest minimalna i że mimo wszystko cały ten wysiłek zasila infrastrukturę, nad którą nie ma żadnej kontroli. Tutaj wkracza drugi mit, znacznie głębszy: mit samo-umiejętności po pracy.

Kiedy nie pracować oznacza nie być potrzebnym

Technokratyczny dyskurs „już nie będziesz musiał pracować” działa właśnie w tym obszarze. Nazywa potencjalną stratę tak, jakby była gwarantowanym wyzwoleniem. Jeśli sztuczna inteligencja przejmuje coraz większą część pracy poznawczej, człowiek wydaje się wyzwolony. Ale wyzwolony od czego i dokąd. Jeśli traci się tylko ciężar pracy, może nastąpić wyzwolenie. Ale jeśli traci się zdolność do uczestniczenia w budowaniu wspólnego świata i bycia uznanym za kogoś potrzebnego, to nie pojawia się wyższa wolność, lecz nowa forma bycia zbędnym.

Straty antropologiczne są ogromne. Praca nie była tylko wynagrodzeniem. Była także formą wpisu w świat. Poprzez pracę, nawet w niesprawiedliwych warunkach, podmiot mógł powiedzieć: uczestniczę w czymś, co mnie potrzebuje. Moja aktywność podtrzymuje część wspólnego życia i organizującej je ekonomii. Ten wpis mógł być wyzyskiwany, alienowany, źle opłacany lub poniżający, ale nadal dawał punkt oparcia: świat materialny w pewnym stopniu zależał od działania człowieka. Jeśli ta potrzeba zostanie zerwana bez pojawienia się nowej formy uczestnictwa, podmiotowość pozostaje w znacznie bardziej kruchej pozycji. Nie chodzi już tylko o bycie wyzyskiwanym. Chodzi o bycie niepotrzebnym.

Bycie wyzyskiwanym nadal oznacza konfliktową relację: ktoś potrzebuje twojej siły, twojego czasu lub twojej wiedzy. Istnieje asymetria, ale także zależność. Bycie zbędnym to coś innego. W tej pozycji podmiot nie doświadcza już siebie jako zdominowanej części produkcji, lecz jako nadwyżki. Może być zabawiany, wspierany lub subsydiowany, ale nie uznawany za kogoś potrzebnego. Obietnica zaprzestania pracy może zatem ukrywać znaczącą zmianę: od podmiotu wyzyskiwanego do podmiotu zbędnego.

Fakt, że podmiot przestaje być potrzebny w pracy formalnej, nie oznacza jednak, że pozostaje bezczynny. To jest decydujący punkt. Może stracić znaczenie w stabilnym zatrudnieniu, a jednocześnie stać się bardziej aktywny niż kiedykolwiek w systemach, które generują wartość ekonomiczną z jego uczestnictwa. Gospodarka cyfrowa nie potrzebuje, aby każdy miał etat, aby czerpać wartość z jego aktywności. Wystarczy jej połączeni użytkownicy: osoby, które odpowiadają, oglądają, przesyłają treści, porządkują preferencje swoimi gestami i zasilają dane, rekomendacje i interakcje platformy. Tam, gdzie praca przestaje organizować utrzymanie, platforma organizuje coś innego: ciągłą dostępność i interakcję.

Dlatego utrata centralnej roli pracy niekoniecznie prowadzi do wypoczynku. Może prowadzić do bardziej rozproszonej formy aktywności, właśnie dlatego, że platforma czerpie wartość z działań, które wcześniej nie były uważane za pracę. Umieszczenie filmu, napisanie recenzji, ocenienie produktu, skomentowanie wiadomości, odpowiedź na forum, opublikowanie opinii, nagranie reakcji, oznaczenie obrazu lub polecenie aplikacji to minimalne gesty, ale one produkują treści, porządkują preferencje, udoskonalają systemy, podtrzymują przepływ platformy i umożliwiają nowe formy przyciągania uwagi. Nie trzeba, aby podmiot uważał się za pracownika, aby jego aktywność została wykorzystana. W rzeczywistości, im mniej postrzega się ją jako pracę, tym lepiej działa system.

W tym kontekście mit samo-umiejętności odgrywa decydującą rolę. Pomaga zaakceptować utratę centralności w formie moralnego objawienia. Podobnie jak w filmie Coco, dążenie do sławy zostaje zneutralizowane przez odkrycie, że rodzina już była prawdziwą wartością, tak w dyskursie post-pracowniczym utrata bycia uważanym za produktywnie potrzebnego może zostać zneutralizowana przez ideę, że praca nigdy nie była prawdziwą wartością. Struktura jest ta sama: to, co staje się niedostępne lub traci się, zostaje zdefiniowane jako drugorzędne; to, co pozostaje dostępne, jest przedstawiane tak, jakby od zawsze było istotne. Nie zdobywa się nowego świata; uczy się interpretować zmniejszenie naszych możliwości tak, jakby było to coś bardziej wartościowego.

Dlatego „nie będziesz musiał więcej pracować” jest tak niebezpieczne, gdy jest oderwane od pytania o własność i uczestnictwo. Może funkcjonować jako forma symbolicznego znieczulenia. Nie pyta, kto jest właścicielem maszyn, kto kontroluje modele, kto zarządza platformami, kto decyduje o podziale nadwyżki, kto rządzi infrastrukturą ani kto określa cele automatyzacji. Zamiast tego, przenosi dyskusję na przyjemną antropologię: będziesz bardziej kreatywny, będziesz miał więcej czasu, będziesz żył lepiej, nie będziesz przywiązany do pracy. Ale jeśli ten uwolniony czas upływa w ramach platform, które przechwytują uwagę, dane i treści, to wyzwolenie może przekształcić się w nową formę nierozpoznanej zależności produkcyjnej.

Ekonomia uwagi potrzebuje dokładnie tej dwuznaczności. Z jednej strony, potrzebuje mitu wyjątkowego zbawienia, aby miliony ludzi produkowały treści z nadzieją, że zostaną wybrane przez algorytm. Z drugiej strony, potrzebuje mitu samo-umiejętności, aby ci, którzy nie zostaną wybrani, mogli interpretować własną utratę centralności jako część lepszej przyszłości. Pierwszy mówi: być może ty też się dostaniesz. Drugi mówi: jeśli się nie dostaniesz, być może to i tak nie ma znaczenia, ponieważ prawdziwa przyszłość nie polegała na dostawaniu się, lecz na uwolnieniu się od tego starego ciężaru pracy. Między tymi dwiema narracjami utrzymuje się ogromna maszyneria: nieskończona produkcja, nieskończone oczekiwania, nieskończone wyrzeczenia.

Kiedy zależność jawi się jako wolność

Tutaj logika częściowo odbiega od starego kapitalizmu przemysłowego. Tamten model wymagał dystrybucji wystarczających płac, aby utrzymać masową konsumpcję. Gospodarka platformowa natomiast może czerpać wartość nawet od podmiotów o niskiej zdolności konsumpcji, pod warunkiem, że pozostają oni połączeni, aktywni i mierzalni. Zubożały użytkownik może nadal generować dane, treści, interakcje i małe wydatki skoncentrowane na bardzo nielicznych infrastrukturach. Klasyczne pytanie – jeśli nikt nie pracuje, kto będzie kupował – nie znika, ale staje się niewystarczające. Rosnąca część wartości nie zależy już tylko od kupowania dóbr, lecz od pozostawania w systemach, w których uwaga, zachowanie i produkcja treści stają się eksploatowalne.

To nie oznacza, że ekonomia materialna przestaje mieć znaczenie. Życie nadal potrzebuje jedzenia, energii, mieszkania, szpitali, sieci, serwerów, baterii i urządzeń. Nic z tego nie znika, ponieważ rosnąca część wartości jest czerpana z uwagi lub danych. Zmienia się coś innego: kapitalizm platformowy może czerpać wartość z osób o mniejszej bezpośredniej zdolności konsumpcji, pod warunkiem, że te osoby pozostają w jego infrastrukturach. Chociaż wydają mniej, nadal produkują wartość: treści, preferencje, dane, interakcje, widoczność i czas spędzony na platformie. Dlatego osłabienie płac nie oznacza automatycznie załamania się ekonomii platformowej. Może ona nadal funkcjonować, jeśli uda jej się skoncentrować coraz większą część wydatków i przekształcić życie online w ciągłe źródło wartości ekonomicznej.

Tu pojawia się antropologiczne jądro problemu. Społeczeństwo, które zbyt szybko akceptuje własną zbędność, traci coś więcej niż miejsca pracy. Traci wyobraźnię własnej potrzeby. Przestaje pytać, jaki świat mogłoby zbudować, a zaczyna pytać, jak dostosować się do świata, który zbudują inni. Przestaje domagać się udziału w strukturach, które organizują jego życie, i zadowala się dostępem do ich usług. Przestaje myśleć o technologii jako o polu politycznym i przyjmuje ją jako przeznaczenie. To jest współczesna forma symbolicznej kapitulacji: nie posłuszeństwo widocznemu panu, lecz akceptacja, że struktura, która czyni nas mniej potrzebnymi, wyraża w rzeczywistości naturalny bieg postępu.

Mit samo-umiejętności zawsze pojawia się tam, gdzie strata musi stać się znośna. Jego religijna forma mogła mówić: nie masz władzy, ale masz zbawienie. Jego moralna forma mogła mówić: nie masz bogactwa, ale masz cnotę. Jego nowo narodzona technokratyczna forma mogłaby mówić: nie masz pracy, ale masz wolność. We wszystkich przypadkach niebezpieczeństwo nie polega na waloryzowaniu zbawienia, cnoty czy wolności. Niebezpieczeństwo polega na tym, że te wartości służą do zamknięcia pytania o to, co zostało utracone.

Dlatego krytyka nie polega na bronieniu pracy, jakby była ona koniecznym wyrokiem, ani na przedstawianiu sukcesu jako jedynego prawowitego horyzontu. Nie polega też na zaprzeczaniu wartości rodziny, wspólnoty czy codziennego życia. Problem pojawia się, gdy te wartości stają się obowiązkową rekompensatą za utratę możliwości. Żadna ludzka wartość nie powinna wymagać jako ceny akceptacji własnej bezsilności. Jeśli technologia może uwolnić czas, musi również uwolnić władzę. Jeśli automatyzacja zmniejsza pracę, musi otworzyć realne formy uczestnictwa, decydowania i dostępu do jej korzyści. Jeśli ekonomia uwagi karmi się naszą codzienną kreatywnością, ta kreatywność nie może nadal pojawiać się jako bezpłatna pozostałość po życiu online. A jeśli przyszłość obiecuje, że już nie będziemy musieli pracować, minimum to zapytać, czy to oznacza, że już nie będziemy musieli być posłuszni, czy po prostu, że już nie będziemy potrzebni.

Prawdziwe wyzwolenie nie polega na reinterpretacji tego, co stracone, jako nieistotnego. Polega na tym, aby strata przestała organizować horyzont. Wolna kultura nie musi mówić podmiotowi, że to, czego nie mógł osiągnąć, nigdy nie miało znaczenia. Musi otwierać formy, w których możliwości mogą się poszerzać bez niszczenia więzi, pamięci, wspólnoty ani sensu. To jest punkt, który blokuje mit samo-umiejętności: przedstawia jako mądrość to, co może być przedwczesnym wyrzeczeniem.

Ekonomia uwagi potrzebuje nieskończonej ilości treści, ponieważ walczy z ciągłym przystosowywaniem się ludzkiego mózgu. Potrzebuje nieskończonych twórców, ponieważ żaden scentralizowany przemysł nie jest w stanie samodzielnie generować zmienności, której wymaga to przechwytywanie. Potrzebuje darmowej pracy, ponieważ wynagrodzenie za całą tę produkcję zniszczyłoby jej strukturę. I potrzebuje mitów, ponieważ żadna masa ludzi nie zaakceptuje w nieskończoność darmowej produkcji, jeśli nie otrzyma przynajmniej obietnicy zbawienia lub godnego wyjaśnienia własnego braku zbawienia. Nowy mit samo-umiejętności spełnia tę drugą funkcję: uczy nazywać wolnością utratę bycia uważanym za potrzebnego, postępem rezygnację z centralności i przyszłością zależność, której jeszcze nie potrafimy do końca nazwać.

Wyrażenie „nie będziesz już musiał pracować” należy zatem odczytywać nie jako oczywistą obietnicę, lecz jako pole sporu. Może ono oznaczać prawdziwe wyzwolenie lub przedwczesną rezygnację. Wszystko zależy, jak zawsze, od tego, co stanie się z własnością, infrastrukturą, nadwyżką i sensem. Jeśli automatyzacja uwalnia człowieka do pełniejszego uczestnictwa w świecie, to otworzy nową pozycję historyczną. Ale jeśli jedynie uczy nas akceptować, że nasza aktywność nie zasługuje już na wynagrodzenie, że nasza kreatywność może zostać uchwycona jako treść, że nasza uwaga może zostać przekształcona w surowiec i że nasza zbędność jest wyższą formą wolności, to nie będziemy mieli do czynienia z końcem pracy. Będziemy mieli do czynienia z jedną z jej najbardziej totalizujących, a właśnie dlatego, najbardziej niewidzialnych form.

I być może to jest prawdziwa nowość: nie to, że maszyny pracują za nas, ale to, że my nadal pracujemy dla nich, ucząc się celebrować to, że już nie jesteśmy potrzebni.

Czytaj dalej...